13. Dwa dni do pełni

Siedziałam skulona za szafą i starałam się nie kląć za każdym razem, gdy któryś z chochlików ciągnął mnie za włosy. Moje położenie było beznadziejne. W poszukiwaniu ostatniego składnika do Substancyji Imperiusa zawędrowałam na zaplecze sali obrony przed czarną magią i niemal zostałam przyłapana przez profesora Hogana. Staruszek, miarowo stukając laską o podłogę, kręcił się po pomieszczeniu, w którym utknęłam, i szukał włamywacza. Miałam nadzieję, że nie wpadnie na pomysł, by zacząć zaglądać za rozpadające się meble.

Błyskawicznym ruchem złapałam chochlika, który przysiadł na odstającym gwoździu. Niebieskie zwierzątko zaskrzeczało, zwracając tym uwagę nauczyciela, który powiedział głośno:

- Będę tu czekał, póki nie wyleziesz, złodzieju.

Westchnęłam, patrząc na stworzonko, które chciało wyrwać się z mojego uścisku. Potrzebowałam tylko skrzydełek chochlika, ale próba wyrwania ich skończyłaby się głośnym wrzaskiem, który natychmiast wskazałby moją kryjówkę. Nagle w głowie zaczął kiełkować plan, do którego realizacji natychmiast przystąpiłam, bo nie widziałam innej możliwości, by nie spędzić całego popołudnia na ukrywaniu się przed profesorem.

Ostrożnie, jedną ręką ściągnęłam ze stopy zabłoconego buta i skarpetkę, do której wepchnęłam wyrywającą się istotkę. Założyłam z powrotem obuwie, a poruszające się zawiniątko ostrożnie chwyciłam zębami. Nie chciałam uszkodzić potrzebnego mi składnika.

Opuściłam powieki i powoli uspokoiłam się. Musiałam być całkowicie zrelaksowana, by prawidłowo wykonać animagiczną przemianę. Po chwili poczułam znajome swędzenie całego ciała, a potem moje nozdrza zalała cała gama intensywnych zapachów. Otworzyłam oczy i spojrzałam na pomieszczenie z zupełnie nowej perspektywy. Spięłam wszystkie mięśnie i szybko przebierając łapami wystrzeliłam zza szafy. Nie wypuszczając z pyska chochlika, przebiegłam tuż obok nóg Hogana i wyskoczyłam na korytarz. Za mną poleciało kilka zaklęć, które na szczęście śmignęły mi tylko obok uszu. Odetchnęłam dopiero wtedy, gdy dwa piętra niżej znalazłam ciemny zaułek opanowany przez liście pykostrąka.  Mogłam tam bezpiecznie wrócić do ludzkiej postaci. Wyjęłam z ust zwiniętą skarpetkę i wyciągnęłam z niej przerażoną istotę. W przepisie było jasno napisane, że ingrediencja musi pochodzić z żywego osobnika, więc szybkim ruchem wyrwałam skrzydełka  i dopiero potem skręciłam kark zwierzątka, by nie przedłużać cierpienia.

Ściskając w dłoni zdobyty składnik, szybkim krokiem poszłam w stronę nieczynnej łazienki, gdzie miałam nastawiony eliksir. Po drodze uśmiechałam się szeroko, zastanawiając się, ile osób widziało na korytarzu pędzącego, różowego lisa uciekającego przed Hoganem.

Wciąż zdyszana wpadłam do łazienki Jęczącej Marty i stanęłam jak wryta, gdy zobaczyłam lokatorkę w dość niecodziennej sytuacji.  Martwa Krukonka lewitowała naprzeciwko drzwi jednej z kabin, na drzwiach której zawieszone było zdjęcie gitarzysty Błędnych Ogników, i chichotała, zalotnie trzepocząc rzęsami. Wzruszyłam ramionami i usiadłam na podłodze, tuż obok kociołka z bulgoczącym eliksirem. Mimo że starałam się być cicho, Marta zorientowała się, że nie jest już sama i zareagowała niczym zwyczajna nastolatka. Ektoplazma na jej policzkach zabarwiła się na różowo i duch z płaczem uciekł, znikając w odpływie jednej z umywalek.

Jeszcze chwilę spoglądałam na miejsce, w którym zniknął duch, i skupiłam się na eliksirze. Przejrzysta, fioletowa maź wydzielała bardzo przyjemny , nieco korzenny zapach przywodzący na myśl bożonarodzeniowe ciasta, a nie nielegalną miksturę. Ostatni raz zajrzałam do przepisu, by upewnić się, czy wszystko wykonałam poprawnie i ostrożnie wrzuciłam do kociołka skrzydełko chochlika kornwalijskiego, którego zdobycie kosztowało mnie tyle trudu. Eliksir zasyczał i momentalnie stał się mętny, co oznaczało, że był już niemal gotowy. Zamieszałam kilkukrotnie zgodnie z ruchem wskazówek zegara i zdjęłam kociołek z ognia, by mikstura ostygła do właściwej temperatury.  Widząc, jak powoli traci intensywny kolor, z zadowoleniem pokiwałam głową.

Korzystając z chwili wolnego czasu, zapaliłam dodatkową świecę i postanowiłam przestudiować recepturę odchwaszczającego eliksiru, którą otrzymałam od Ślimaka. Przebiegłam wzrokiem po przepisie zapisanym charakterystycznym, bardzo ozdobnym pismem i westchnęłam. Podejrzewałam, że nad analizą i wykryciem błędu spędzę długie godziny. Jedynie wizja dalszego przepisywania „Historii Hogwartu” mobilizowała mnie do pracy, więc by jak najszybciej mieć to za sobą, od razu wyciągnęłam z torby czysty pergamin, pióro i atrament. W pełni skupiona, zaczęłam mozolnie dzielić składniki z bardzo długiej listy na grupy, między którymi zachodziły reakcje.

Pracę przerwałam dopiero, gdy świeca zaczęła się dopalać. Ostatni raz spojrzałam na wykresy opisujące wzajemne relacje między poszczególnymi komponentami, ale nie dostrzegłam tam żadnej nieprawidłowości. Odłożyłam więc notatki na bok i zajrzałam do dojrzewającego eliksiru. Był już całkowicie klarowny, więc z torby, którą wcześniej zostawiłam pod oknem, wyciągnęłam dwie butelki kremowego piwa. Nożykiem, który zwykle służył mi do krojenia i obierania składników, podważyłam kapsel jednej z nich i do środka wlałam kilka kropli Substancyji Imperiusa. Miałam nadzieję, że ten dodatek w żaden sposób nie wpłynie na smak i zapach trunku, bo nie chciałam, by Derry zorientował się, że poczęstowałam go zatrutym piwem. Nie chciałam skrzywdzić Krukona, ale w obliczu groźby Malfoya i demonów na karku wolałam spowodować niedyspozycję pałkarza na najbliższym meczu, niż narażać własne życie.

- Reparo. – Kapsel wrócił do swojego pierwotnego kształtu, szczelnie zamykając butelkę. Po chwili namysłu lekko zarysowałam szyjkę nożykiem.

Flaszki schowałam z powrotem do torby, wcześniej owijając je szalikiem w barwach Gryffindoru, by nie pobrzękiwały, po czym wyszłam z łazienki, mając nadzieję, że kolacja jeszcze się nie skończyła.

***

Gwar rozmów powoli cichł, w miarę jak uczniowie opuszczali Wielką Salę. W ogromnej komnacie zostałam tylko ja z Huncwotami, kilku pierwszorocznych Ślizgonów i Krukoni dopingujący przed meczem drużynę Ravenclawu. Na moment zatrzymałam wzrok na Derrym, po raz pierwszy celowo obserwując pałkarza poza boiskiem. Z zaskoczeniem stwierdziłam, że prezentował się bardzo atrakcyjnie, gdy nie był jedynie rozmazaną sylwetką na miotle. Na chwilę zapomniałam o czekającym mnie zadaniu, po prostu podziwiałam umięśnioną sylwetkę chłopaka, krótko przystrzyżone rudoblond włosy i gęsty, tygodniowy zarost przywodzący na myśl brodę dojrzałego mężczyzny, a nie nastolatka. Nawet okulary w prostokątnych oprawkach, które Krukon bez przerwy poprawiał, nie psuły przyjemnego widoku.

Czułam zupełną pustkę w głowie. Nie miałam pojęcia, w jaki sposób zmusić Derry’ego, by wypił piwo doprawione eliksirem. Postanowiłam jeszcze chwilę poczekać, mając nadzieję, że sytuacja ulegnie zmianie i wpadnę na rozwiązanie problemu. Wciąż zamyślona, powiedziałam do przyjaciół:

- Idźcie beze mnie. Muszę jeszcze coś załatwić.

Łapa jedynie wzruszył ramionami, nie przerywając przepatrywania stołu Ravenclawu, zapewne w poszukiwaniu Shanley. Po chwili James odpowiedział entuzjastycznie:

- Nie wiem, co znowu kombinujesz, ale liczę, że będzie to coś jeszcze lepszego niż pykostrąk!

- Zobaczymy – odpowiedziałam tajemniczo i uśmiechnęłam się szeroko, mimo że wcale nie było mi do śmiechu. Miałam wyrzuty sumienia, że nie potrafiłam postawić się Malfoyowi i przez to musiałam podać zakazany eliksir niewinnemu Krukonowi.

Syriusz rozpromienił się, gdy w końcu dostrzegł swoją dziewczynę, i wstał, by do niej podejść. W miejscu zatrzymało go jednak pytanie Rogacza:

- Wracasz na noc do dormitorium, czy już mogę sprzedać twoje łóżko?

Syriusz błysnął zębami w szerokim uśmiechu i odpowiedział:

- Sprzedaj. Na Shanley jest o wiele wygodniej niż na tym starym materacu.

Z coraz większym rozbawieniem przysłuchiwałam się wymianie zdań między przyjaciółmi. Mimo że James udawał oburzonego, tak naprawdę wszyscy cieszyliśmy się, że Syriusz w końcu zaangażował się w jakąkolwiek relację, zamiast jak zwykle podrywać kilka dziewczyn jednocześnie.

- Tak zostawiasz kumpla dla jakiejś laski? – spytał Rogacz płaczliwym głosem. – W czym ona jest lepsza ode mnie?

Glizdogon parsknął śmiechem, po czym, nie mogąc złapać tchu, rozkaszlał się głośno. Dopiero gdy z całej siły uderzyłam go w plecy, uspokoił się i załzawionymi oczami spojrzał na Jamesa odgrywającego parodię sceny zazdrości.

Syriusz współczująco poklepał Rogacza po ramieniu i odpowiedział po chwili zastanowienia:

- Ona ładniej pachnie niż ty.

James spróbował zrobić zbolałą minę, jednak po chwili zrezygnował z tego i roześmiał się. Niemal natychmiast dołączył do niego Syriusz, którego szczekliwy śmiech odbił się echem od ścian, niemal już pustej, Wielkiej Sali. W końcu Rogacz opanował się i powiedział do Glizdogona:

- Musimy poszukać Lunatyka.

- Szkoda, że nie istnieje mapa Hogwartu, na której widać, gdzie kto się znajduje – mruknął Peter, niechętnie wstając od stołu.

- Zróbmy taką – zaproponowałam.

James, który już odchodził od stołu, zatrzymał się gwałtownie i powoli odwrócił w moją stronę.

- Niby jak?

- Jeszcze nie wiem. – Wzruszyłam ramionami. – Ale po pełni musimy nad tym pomyśleć.

- To nie jest taki zły pomysł – wtrącił się Glizdogon. – Teoretycznie wystarczy narysować mapę i założyć trwałe, obszarowe zaklęcia lokalizujące na terenie całego zamku. I jakoś to połączyć.

Entuzjastycznie pokiwałam głową i zaczęłam zastanawiać się, czy eliksir namiaru, o którym czytałam tydzień wcześniej, mógłby okazać się przydatny. Nagle moją uwagę zwrócił ruch przy stole Ravenclawu, gdzie Krukoni, przekrzykując się głośno, wznieśli kolejny toast sokiem dyniowym za wynik jutrzejszego meczu. Po chwili, wciąż zawzięcie dyskutując, wstali i skierowali się w stronę wyjścia.

- Pogadamy o tym rano – rzucił Syriusz i popędził za Shanley.

Nie zwracając uwagi na Jamesa, który rozważał na głos celowość tworzenia magicznej mapy, zarzuciłam torbę na ramię i wmieszałam się w tłum Krukonów, próbując nie stracić z oczu Derry’ego. W sali wejściowej przystanęłam, z rozpaczą obserwując uczniów zmierzających grupą w stronę schodów. Szli w zwartym szyku, jakby przeczuwali, że coś groziło ich najlepszemu pałkarzowi. Nagle serce zabiło mi szybciej, gdy kapitan drużyny odłączył się i skierował w stronę wrót prowadzących na błonia. W napięciu śledziłam każdy jego krok, aż do momentu, gdy chłopak wyszedł z zamku. Odczekałam chwilę i poszłam za nim.

Mimo późnej pory, na dworze było wyjątkowo jasno. Niemal zupełnie okrągły księżyc, który za kilka dni miał osiągnąć perygeum, oświetlał zimnym blaskiem szkolne błonia. Każda, nawet najmniejsza, nierówność terenu rzucała długi, czarny cień, który odznaczał się na tle oszronionej trawy. Zaklęłam cicho, żałując, że miałam na sobie jedynie szkolną szatę, która nie chroniła przed chłodem.

Rozejrzałam się i niemal natychmiast dostrzegłam oddalającą się sylwetkę Derry’ego. Odczekałam jeszcze chwilę, by nie nabrał podejrzeń, że go śledziłam, i poszłam za nim. Dopiero po dłuższej chwili zorientowałam się, że zmierzał w stronę stadionu quidditcha. Z tęsknotą spojrzałam w stronę zamku, gdzie moi przyjaciele zapewne już grzali się przy kominku. Westchnęłam i na wszelki wypadek zwolniłam, udając, że wybrałam się jedynie na wieczorną przechadzkę, i tylko przypadkiem zawędrowałam w tamto miejsce.

Przyczaiłam się w cieniu wysokich trybun i spróbowałam zebrać myśli, jednocześnie nasłuchując dźwięków dobiegających ze składnicy sprzętu, w której buszował Derry. Po chwili hałas ucichł i Krukon, z miotłą opartą na ramieniu i skrzynką z tłuczkami w ręce, przeszedł zaledwie kilka jardów ode mnie, kierując się na boisko. Powoli wypuściłam powietrze, które mimowolnie zatrzymałam w płucach.

Było mi strasznie zimno, więc skuliłam się pod ścianą, mając nadzieję, że ten nocny trening nie będzie trwał długo. Postanowiłam, że niezależnie od tego, czy będę miała opracowany konkretny plan, podejdę do Krukona, jak tylko zejdzie z miotły.

Po chwili usłyszałam charakterystyczny huk, który mógł oznaczać tylko odbicie tłuczka. Westchnęłam i rzuciłam na siebie zaklęcie rozgrzewające, mając nadzieję, że moje umiejętności wystarczą, bym nie zamarzła.

***

Po czasie, który wydawał mi się wiecznością, regularne uderzenia ucichły. Potarłam zmarznięte dłonie, mając nadzieję, że nie nabawiłam się odmrożeń i ostrożnie wstałam, rozprostowując zesztywniałe kończyny. Wyszłam z cienia i przybrałam najbardziej swobodną pozę, na jaką pozwoliła mi adrenalina krążąca w organizmie i zziębnięte ciało. Spojrzałam w rozgwieżdżone niebo akurat w momencie, gdy Derry wyszedł z cienia. Popatrzyłam na niego, jakbym zupełnie nie spodziewała się go spotkać i zagadnęłam:

- Ostatni trening przed meczem?

Krukon spojrzał na mnie podejrzliwie, ale po chwili rozluźnił się i odpowiedział:

- Nie dostałem zgody na trening o tej porze. Tylko chwilę sam polatałem.

Powstrzymałam się od skomentowania faktu, że ta chwila trwała co najmniej godzinę. Zamiast tego powiedziałam, starając się nie szczękać zębami:

- Na pewno wygracie. Ślizgoni w tym roku mają słabą drużynę.

Derry wzruszył ramionami i bez słowa poszedł w stronę składnicy, by odłożyć miotłę na miejsce. Podążyłam za nim, próbując podtrzymać rozmowę:

- Thomasa Bunbury zastąpił jakiś czwartoroczny, więc pewnie ich obrona będzie dziurawa jak sito.

Krukon wszedł do schowka, a ja przystanęłam na progu. Ze środka dobiegła mnie odpowiedź chłopaka.

- Wiem. Dlatego chcę wykorzystać strategię Os z Wimbourne z finału przedostatniej Ligii Quidditcha.

Mimowolnie uśmiechnęłam się. W końcu trafiłam na temat, który był interesujący zarówno dla mnie, jak i dla Derry’ego.

- Byłam na tym meczu. Kibicuję Osom od dziecka i nie mogłam odpuścić sobie tamtego finału.

Krukon w końcu wyszedł, zaklęciem zamykając za sobą drzwi. Stanął obok, krzyżując ręce na piersi i uśmiechając się szeroko. Po chwili powiedział:

- Nowy obrońca Os to mój kuzyn.

- Naprawdę? – spytałam podekscytowana.

Wpatrywałam się oniemiała w chłopaka. Nigdy nie śniłam nawet, że spotkam kogokolwiek związanego z moimi ulubionymi zawodnikami. Zawsze jawili mi się tylko jako niedosięgalne postacie z innego świata. Dopiero wypowiedź Derry’ego odmieniła moje postrzeganie Os z Winbourne. Nagle stali się o wiele bardziej… materialni.

Z zamyślenia wyrwało mnie podejrzliwe pytanie Krukona:

- W ogóle czemu o tej porze kręcisz się po błoniach?

- Nie mam zamiaru w piątek wieczorem siedzieć w dormitorium. Nie znalazłam towarzystwa do picia, to poszłam na spacer. – Wzruszyłam ramionami.

- I liczyłaś, że tutaj znajdziesz kogoś chętnego? – spytał.

- Na nic nie liczyłam, miałam zamiar tylko się przewietrzyć. Ale jeśli jesteś chętny, to akurat mam dwa piwa.

- Alkoholu się nie odmawia – odpowiedział z uśmiechem. – Pokażę ci najlepszą krukońską melinę.

Odetchnęłam z ulgą. Spodziewałam się, że przekonanie Derry’ego do wypicia piwa okaże o wiele trudniejsze, tym bardziej, że następnego dnia miał mieć mecz ze Ślizgonami. Sądziłam, że będzie wolał wyspać się i odpocząć, a nie szlajać w towarzystwie przypadkowej Gryfonki.

Pozwoliłam poprowadzić się brzegiem jeziora w stronę klifu. Nie miałam pojęcia, jakie miejsce Derry chciał mi pokazać. Nie przypominałam sobie, bym w tamtym rejonie błoni znała ustronne miejsce, nadające się do spotkań towarzyskich, o których nie powinni dowiedzieć się nauczyciele.

Krukon zatrzymał się na szczycie urwiska i zaklęciem przesunął pobliski głaz. Kamień niechętnie ustąpił, odsłaniając granitowe, równe podłoże. Z zaciekawieniem przyglądałam się poczynaniom Derry’ego, który uklęknął obok nowoodkrytej powierzchni i zaczął rytmicznie uderzać w nią różdżką. Po chwili na ziemi pokazał się zarys klapy, która z cichym skrzypnięciem odskoczyła, pokazując ciemny otwór. Krukon pokazał mi gestem, żebym tam weszła. Ostrożnie zeszłam po stromych schodach wykutych w litej skale, przyświecając sobie różdżką. Za sobą usłyszałam ponowne skrzypnięcie i głuchy odgłos zatrzaskiwanej klapy, a potem ciężkie kroki Krukona idącego za mną.

Zeskoczyłam z ostatniego stopnia i postawiłam stopy na miękkim, jasnym piasku. Znajdowałam się w niewielkiej jaskini, przed którą rozpościerała się plaża półtorajardowej szerokości. Natychmiast dostrzegłam pod jedną ze ścian pozostałości ogniska i skrzynię pełną butelek po alkoholu.

Usiadłam przy palenisku, a Derry ze szczeliny między skałami wyciągnął wiązkę suchego drewna, którą rzucił na ziemię tuż obok mnie. Pomogłam mu ustawić szczapy w zgrabny stos i już po chwili grzałam skostniałe dłonie przy trzaskającym ogniu.

- Następnym razem, jak nie będziesz miała z kim pić, to pogadaj z Brianem Keppelem; on nigdy nie odmawia. Jest na siódmym roku w twoim domu, na pewno go kojarzysz – powiedział Derry, siadając obok mnie.

Podałam mu zarysowaną butelkę z piwem i wyciągnęłam z torby drugą dla siebie. Zaklęciem podważyłam kapsle i z cichym brzękiem stuknęliśmy się flaszkami. W napięciu obserwowałam reakcje Krukona na eliksir znajdujący się w jego piwie.

- Trudno go nie kojarzyć. Zazwyczaj zachowuje się na tyle głośno, że nie sposób go ignorować.

- Taki już jego urok – mruknął Derry.

Wyglądało na to, że nie poczuł dodatkowego składnika w swoim napoju. Chłopak powolnym ruchem podwinął rękawy, odsłaniając umięśnione przedramiona. Wolno przeniosłam wzrok na jego twarz, po drodze zauważając kilka ciemnych włosów widocznych spod rozchełstanej na piersi koszuli. Z bliska jeszcze łatwiej można było wziąć go za dojrzałego mężczyznę.

- Dobrze znasz Briana? – spytałam.

- Od urodzenia mieszkamy w tym samym miasteczku pod Perth. W okolicy tylko nasze rodziny są magiczne, to zakumplowaliśmy się jeszcze jako dzieciaki.

Z zaciekawieniem spojrzałam na Krukona. Z każdą chwilą wydawał mi się coraz ciekawszym rozmówcą.

- A czy w tamtej okolicy nie mieszkają też Greengrassowie? – zapytałam.

- Mieszkają. Nawet jestem z nimi w niewielkim stopniu spokrewniony, ale należę do wydziedziczonej części rodziny. Jakieś sto pięćdziesiąt lat temu Emily Greengrass uciekła sprzed ołtarza do mojego mugolskiego prapradziadka, zabierając przy okazji całkiem sporo rodowej biżuterii. Podobno przez to wybuchł skandal, który prawie skończył się wojną między połową brytyjskich magicznych rodzin, bo niedoszły mąż był z Rosierów, więc automatycznie cała sprawa dotyczyła także Yaxleyów i Crabbe’ów.

Nic nie odpowiedziałam. Nie orientowałam się na tyle w relacjach między arystokratami, by móc powiedzieć coś inteligentnego. Zapatrzyłam się na gładkie jezioro, jednocześnie bezwiednie przesypując między palcami piasek, którego drobiny przyjemnie gładziły moją skórę. Gdyby nie fakt, że Derry opróżnił butelkę, do której zawartości dodałam kilka kropli eliksiru, byłabym całkowicie zrelaksowana i szczęśliwa. Nigdy wcześniej nie spędziłam tak miłego wieczoru w towarzystwie praktycznie obcej osoby, zawsze wolałam być z przyjaciółmi, których znałam na wylot.

- Chcesz ognistej? – spytał niespodziewanie Derry, przerywając ciszę. – Powinna jeszcze jedna gdzieś tu być.

Pokręciłam głową i wskazałam na swoją, zaledwie w połowie opróżnioną, butelkę, którą trzymałam w ręce, i odpowiedziałam:

- Jeszcze mam piwo.

- Dlatego nie lubię chlać z dziewczynami. Człowiek zdąży wytrzeźwieć, zanim ta w ogóle zacznie pić.

Poczułam się dotknięta tym komentarzem. Zupełnie nie wiedziałam, jak zareagować na tę negatywną wypowiedź na temat kobiet, którym nie wypada przecież pić tyle co mężczyznom. Jednak zanim zdążyłam odezwać się, Derry machnął ręką i zmienił temat:

- Z resztą, nieważne.  Dobrze kojarzę, że jesteś w Klubie Ślimaka wyłącznie za talent?

Wzruszyłam ramionami, ciesząc się, że półmrok skrywał mój rumieniec. Od dziecka na wszystkie pochwały reagowałam zażenowaniem.

- Lubię eliksiry i zazwyczaj na zajęciach wszystko mi wychodzi. Ale nie wiem, czy można nazwać to talentem. Po prostu przejrzałam już chyba połowę książek z biblioteki i czasami coś uwarzyłam, żeby poćwiczyć.

- I tak jesteś niesamowita. Dla mnie to mieszanie w kociołku zawsze było kompletnie niezrozumiałe – wyznał Krukon.

- Wystarczy być uważnym i cierpliwym. Tylko na pierwszy rzut oka to jest takie skomplikowane.

Derry spojrzał na mnie z nieodgadnionym wyrazem twarzy. W migoczącym świetle, jakie dawały płomienie, nie byłam w stanie domyślić się, o czym myślał. Po chwili rozciągnął wargi w szerokim uśmiechu, od którego nie byłam w stanie oderwać wzroku. Serce zabiło mi szybciej, gdy pochylił się w moja stronę, jakby chciał złożyć na moich ustach pocałunek. Bezwiednie rozchyliłam wargi; moje ciało, bez udziału umysłu, samo rwało się w ramiona chłopaka.

Krukon podniósł suchą gałązkę, która leżała obok mojej stopy i wrzucił ją do ognia. Cała dygotałam, zupełnie nie rozumiejąc, co się ze mną działo.

- Samo siekanie składników zawsze nużyło mnie już po pierwszych pięciu minutach – mruknął.

Skinęłam głową, starając się ukryć drżenie rąk. Na chwilę nawet zapomniałam o celu tego spotkania, o tym, że nie siedziałam z Derrym przy ognisku w celach towarzyskich, ale po to, by podać mu eliksir i nie dopuścić, by Krukon wsiadł następnego dnia na miotłę.

Nagle usłyszałam głośne tąpnięcie dobiegające od strony plaży. Razem z Derrym spojrzeliśmy w tamtą stronę dokładnie w tym samym momencie. Na piasku przycupnęła humanoidalna istota, z gardła której dobywało się głośne warczenie. Momentalnie przestałam roztrząsać własne reakcje i powoli wstałam, starając się nie wykonywać gwałtownych ruchów. Za sobą słyszałam przyspieszony oddech Krukona.

Bestia wyprostowała się, przysłaniając niemal całe wejście do jaskini. Gdyby nie fakt, że do pełni brakowało jeszcze dwóch dni, pomyślałabym, że spotkałam wilkołaka. Zacisnęłam spoconą dłoń na różdżce i szepnęłam:

- Idź do klapy. Nie odwracaj się do tego tyłem.

Nie miałam pewności, czy chłopak mnie w ogóle usłyszał. Byłam całkowicie skupiona na śledzeniu ruchów bestii, która, powoli i bardzo niezgrabnie, zbliżała się do nas. Gdy potwór wszedł w krąg światła, poczułam się bardzo zdezorientowana. Nie mógł być wilkołakiem, bo zamiast wydłużonego, wilczego pyska miał niemal ludzką , choć porośniętą gęstą szczeciną, twarz i tylko trochę zdeformowane dłonie, choć zakończone kompletem ostrych jak brzytwa pazurów. Niemniej jednak nie przychodziła mi na myśl inna istota niż lykantrop, która mogłaby wyglądać i zachowywać się w taki sposób.

Nagle potwór wyskoczył w powietrze, prosto na nas. Instynktownie odskoczyłam i przypadłam do ściany. Usłyszałam triumfalny ryk bestii i krzyk Derry’ego. Rzuciłam zaklęcie:

- Ascendio!

Promień światła trafił w potwora i spłynął po jego sierści, nie czyniąc najmniejszej krzywdy. Jedyne co osiągnęłam, to zwróciłam na siebie uwagę istoty. Bestia odwróciła zakrwawiony pysk w moja stronę i niespodziewanie zawyła bardzo tęsknie i zaskakująco znajomo. Jej ślepia, do tej pory przysłonięte zwierzęcym zewem krwi, złagodniały, przybierając jasnobrązową, zupełnie ludzką barwę. Wszędzie rozpoznałabym te oczy.

- Remus – szepnęłam, wyciągając dłoń w jego stronę.

Warknął, odsłaniając ostre zęby. Kątem oka zarejestrowałam ruch pod ścianą jaskini. Krukon powoli wstawał, przyciskając do piersi bezwładną, zakrwawioną rękę. Nie spuszczając  wzroku z wilkołaka, powiedziałam powoli:

- Derry, idź schodami na górę. Nie biegnij. Za chwilę pójdę za tobą i przytrzaśniemy klapę kamieniem.

Chłopak powoli zrobił krok w lewo, zbliżając się do wyjścia. Cały czas z przerażeniem patrzył na warczącego Remusa, który przestępował z łapy na łapę, oblizując jednocześnie odsłonięte kły. Bałam się, ale nie mogłam pozwolić, by Lunatyk ponownie zbliżył się Derry’ego. Nie wybaczyłby sobie, gdyby Krukon przez niego ucierpiał. Mimo lęku, nie okazywałam słabości. Gdyby tylko wilkołak poczuł przewagę nade mną, zaatakowałby bez chwili wahania, nie potrafiąc powstrzymać swojej zwierzęcej natury.

Derry wszedł na pierwszy stopień, znikając w mroku. Wciąż patrząc Remusowi w oczy, powoli zaczęłam zbliżać się do schodów. Jedyne co słyszałam, to szum własnej krwi i serce tłukące się o żebra. Nagle wilkołak ruszył wprost na mnie, silnie odbijając się tylnymi łapami od piasku. Z ust wyrwał mi się nieartykułowany krzyk i tracąc resztki opanowania, rzuciłam się w stronę schodów. Wbiegając na pierwszy stopień poczułam pazury wbijające się w moje plecy i w tym samym momencie usłyszałam odgłos dartego materiału. Krzyknęłam z bólu i potknęłam się, raniąc dłonie o chropowatą skałę. Przerażona, odwróciłam się za siebie. W nikłym świetle zobaczyłam jedynie błysk żółtych oczu. Niespodziewanie, zupełnie nad tym nie panując, wykrzyknęłam jedno, zupełnie niezrozumiałe, słowo:

- Ihmissusi!

Niewidoczna fala energii uderzyła w wilkołaka, odrzucając go na piasek. Remus zaskomlał. Nie odwracając się więcej, resztką sił wspięłam się po schodach, czując cieknące po plecach strużki krwi. Z radością powitałam światło Księżyca padające na dwa ostatnie stopnie. Wyszłam na powierzchnię i od razu ugięły się pode mną kolana, a przed oczami zobaczyłam ciemne plany. Z jękiem upadłam na ziemię.

***

Otworzyłam oczy i zobaczyłam nad sobą znajomy sufit skrzydła szpitalnego. Ignorując zawroty głowy, gwałtownie usiadłam na łóżku i rozejrzałam się. Mimo że nieco rozmazane pomieszczenie zdawało się wirować, na sąsiedniej pryczy dostrzegłam Derry’ego. Madame Pomfrey – zgrabna dwudziestokilkulatka, która dopiero od  roku pełniła funkcję hogwardzkiej pielęgniarki – troskliwie bandażowała jego pogryzioną rękę. Widząc, że się poruszyłam, powiedziała stanowczo:

- Proszę leżeć. Wstrząs psychiczny i utrata krwi bardzo panią osłabiły.

- Nie mogę – zaprotestowałam zachrypniętym głosem. – Muszę iść do dyrektora.

Pomfrey skończyła opatrywać Krukona i, ignorując moją wypowiedź, zaczęła poprawiać poduszkę. Spróbowała wstać, jednak stanowcza dłoń magomedyczki powstrzymała mnie przed tym. Ciężko opadłam na łóżko, krzywiąc się, gdy rany na plecach zapiekły żywym ogniem. Podejrzewałam, że lecznicze eliksiry jeszcze nie zadziałały, co oznaczało, że przez co najmniej kilka minut miałam szansę zachować pełną świadomość. Chciałam dalej się wykłócać, ale Derry odezwał się szybciej niż ja:

- Powiedziałem już, że po błoniach biega jakiś potwór. Rano Hagrid się tym zajmie. – Chłopak ostrożnie poruszył zabandażowaną dłonią. – Czy mogę noc spędzić we własnym dormitorium? – zapytał pielęgniarkę.

- Oczywiście, to niegroźna rana.

- Dziękuję, Madame.

Szarpnęłam się na łóżku, walcząc z ogarniającą mnie powoli sennością. Nie mogłam pozwolić sobie na utratę przytomności w momencie, gdy na błoniach był na wpół przemieniony Remus.

- Derry, idź do Dumbledore’a! – krzyknęłam rozpaczliwie.

Krukon podszedł do drzwi i położył rękę na klamce. Odwrócił się jednak na chwilę i kręcąc głową, odpowiedział z łagodnym uśmiechem błąkającym się na ustach:

- Jesteś zmęczona, powinnaś się przespać. A ja nie będę budził dyrektora tylko dlatego, że coś w nocy biega po błoniach; w tej szkole to przecież zupełnie normalne. Z resztą, mam zamiar zregenerować się przed meczem.

Uchylił drzwi i cicho wyszedł, zostawiając mnie samą z magomedyczką krzątającą się obok mojego łóżka. Z rozpaczą malującą się w oczach spojrzałam na kobietę i urywane zdania same popłynęły z moich ust:

- To był Remus. Ja wiem, że nie ma pełni, ale on był prawie całkowicie przemieniony. Już od kilku dni miał problemy z kontrolowaniem siebie. Niech pani idzie po dyrektora – błagałam.

Pomfrey westchnęła tylko i położyła na stoliku nocnym kilka fiolek z eliksirami. Uśmiechnęła się łagodnie, przykładając do mojego czoła dłoń.

- Jest pani w szoku pourazowym. Proszę głęboko oddychać i spróbować się uspokoić – przemawiała do mnie łagodnie, a gdy zobaczyła, że nieco się rozluźniłam, zmieniła temat: – Musiałam niestety zdjąć zaklęcie koloryzujące. Jestem zobowiązana do pilnowania szkolnego regulaminu, który zabrania farbowania włosów.

Wzruszyłam tylko ramionami. Byłam już przyzwyczajona do różowej fryzury, którą zafundował mi Rogacz podczas jednej z przyjacielskich sprzeczek. Nie miałam zamiaru jednak protestować przeciw powrotowi do normalności.  Zaprzątały mnie inne zmartwienia niż własny wygląd.

- Madame Pomfrey, proszę mnie posłuchać – spróbowałam jeszcze raz, tym razem spokojniej. – Ja jestem świadoma, że Remus cierpi na lykantropię i wiem, jak zazwyczaj zachowuje się w okresie poprzedzającym pełnię. Orientuję się, jak wygląda podczas przemiany i mam pewność, że to on nas zaatakował. Myślę, że profesor Dumbledore powinien natychmiast dowiedzieć się o anormalnym stanie swojego ucznia.

Pomfrey zbladła i wypuściła z rąk flakonik z leczniczą miksturą, który z trzaskiem rozbił się o podłogę. Magomedyczka przysiadła na sąsiednim łóżku i kilka razy głęboko odetchnęła, po czym powiedział drżącym głosem:

- Nie wiem, skąd o tym wiesz. To jest zbyt nieprawdopodobne, by mogło być kłamstwem.

Kobieta poderwała się i wybiegła ze skrzydła szpitalnego. Miałam nadzieję, że zgodnie z moim życzeniem poszła zgłosić całą sprawę dyrektorowi. Stawałam się coraz bardziej senna i nie byłam w stanie już w żaden sposób pomóc Remusowi. Mogłam jedynie liczyć na szybką interwencję Dumbledore’a.

Z półsnu wyrwał mnie huk zatrzaskiwanych drzwi. Po chwili niechętnie uniosłam ociężałe powieki i zobaczyłam obok swojego łóżka siwobrodego starca w granatowym szlafroku. Twarz mężczyzny była bardzo poważna. Czarodziej usiadł obok na krześle i przemówił łagodnie:

- Sprawa jest bardzo poważna. Rozumiem, że eliksiry przeciwbólowe już zaczęły działać, ale musisz odpowiedzieć na kilka pytań.

Skinęłam głową, starając się nie zamykać oczu. Byłam zła na siebie, że nie potrafiłam w obliczu takiego problemu przeciwstawić się działaniu najprostszych mikstur.

- Gdzie zostaliście zaatakowani?

Zmarszczyłam brwi, starając się wyłuskać z zakamarków pamięci szczegóły ostatnich wydarzeń.

- W jaskini pod klifem.

Starzec na chwilę głęboko się zamyślił. Podejrzewałam, ze doskonale wiedział o tym miejscu. Nie potrafiłabym sobie wyobrazić, że tak potężny czarodziej mógłby nie znać wszystkich zakamarków Hogwartu.

- To może być pytanie osobiste, ale muszę je zadać. Czy Remusa ostatnio spotkało coś nieprzyjemnego? Poniósł życiową porażkę, albo ktoś bliski odwrócił się od niego?

Przymknęłam oczy. Nie wiedziałam, jak odpowiedzieć dyrektorowi. Byłam świadoma, że Lunatyk bardzo przeżywał fakt, że nie odwzajemniałam jego uczuć. Cały czas jednak wydawało mi się, że powoli zaczynał radzić sobie z tymi emocjami.

- Można tak powiedzieć – stwierdziłam w końcu niechętnie.

- Rozumiem, że panowie Black, Potter i Pettigrew  także wiedzą o chorobie Remusa?

Mruknęłam twierdząco. Miałam już dosyć tej rozmowy, chciałam jak najszybciej zasnąć i choć na chwilę przestać martwić się o Lunatyka. Tym bardziej, że moim zdaniem, Dumbledore wiedział już wystarczająco dużo, by móc znaleźć wilkołaka.

Dyrektor ostrożnie położył mi dłoń na ramieniu i uśmiechnął się pocieszająco.

- Nie martw się o niego. Zrobiłaś o wiele więcej, niż mógłby uczynić nawet potężny czarodziej – zachowałaś zimną krew i nie pozwoliłaś, by Remus skrzywdził Derry’ego. A to już bardzo dużo.